sobota, 06 lutego 2010

Ja wiem, że miało być tylko o jedzeniu, ale nie mogę się powstrzymać: krem Arko :)

Krem Arko to taka Turecka wersja kremu Nivea. Mój C. pamięta go od najmłodszych lat, i zawsze nim pachnące ciotki. Nadal niezwykle popularny, jest do znalezienia w prawie kazdym tureckim domu i do dostania w każdym tureckim sklepie. Osobiście kupuję, bo lubię te małe tubeczki jako krem do rąk do torebki.

krem ArkoArko ma skład prosty jak budowa cepa:

aqua, paraffinum liquidum, beeswax, cetyl alcohol, petrolatum, lanolin, glycerin, sodium borate, parfum, methylparaben, butylparaben, ethylparaben, propylparaben, isobutylparaben.

po którym widać, że krem nie jest specjalnie ekskluzywny, za to działający ;) bo ma głównie znane od dziesiątek lat składniki natłuszczające skórę (w towarzystwie armii konswerwantów, co jednak w tureckim kilmacie nie dziwi).

Warto go kupić jako podręczną pamiątkę z Turcji ;), szczególnie, że za mój ostatnio płaciłam bodaj jedną lirę.

środa, 30 grudnia 2009

Mercimek Corbasi

Zupa, która bije wśród naszych przyjaciół rekordy popularności. Ze względu na prostotę wykonania i bardzo ograniczone koszty, a przede wszystkim zasłużone zachwyty otoczenia, namiętnie karmimy nią kolejnych gości. Najczęściej kończy się to oddaniem pozostałych w domu opakowań soczewicy przyjaciołom, chcącym odtworzyć w domu tą jakże smaczną potrawę. Zupa ma same zalety: poza wymienionymi wyżej, jest też bardzo sycąca, i wiele osób po skonsumowaniu pełnego talerza uważa obiad za zakończony ;)

Dla mnie mercimek ma też wartość sentymentalną: receptury nauczył mnie jeden z dawnych przyjaciół, zawodowy kucharz, żonaty w Niemczech z protestanckim księdzem-kobietą, super atrakcyjną blondynką w czarnych skórzanych spodniach. Jedni z najoryginalniejszych i najmilszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałam.

mercimek czerwona Mercimek jest tak prosty w wykonaniu, jak to tylko możliwe. 300 g czerwonej soczewicy (umytej jak ryż na pilaw - bądź nie mytej- są dwie szkoły, wg mnie nie ma to wpływu na potrawę) wrzucamy do garnka. Dolewamy wodę, mniej-więcej dwukrotnie więcej, niż soczewicy. Dobrze jest wybrać większy garnek, tak, by zupa nie sięgała do jego brzegu, gdyż wywar w trakcie gotowania bedzie "strzelać". Wstawiamy na gaz. Gotujemy aż do rozgotowania soczewicy (godzinę, czasem dłużej). Kontrolujemy ilość wody, w razie potrzeby dodając więcej (potrawę łatwo jest przypalić!). Konsystencja gotowej zupy może przypominac nasza grochówkę, może też być dużo bardziej wodnista, wedle uznania. Ja osobiście preferuję gęściejszą wersję.

Rozgotowana soczewica rozpadnie się na drobne grudki, zmieni też kolor na bardziej zielonkawy (między naszą grochówką a ogórkową). Według jednej szkoły, gotową zupę można potraktować blenderem, uzyskamy wtedy gładki krem. Wersja grudkowa jest jednak równie smaczna. Dodajemy sól (można ją też dodać wcześniej), i przystępujemy do ukoronowania naszego dzieła.

W małym rondelku topimy kilka łyżek masła (zależnie od ilości miseczek z zupą). Na stopione masło dodajemy isot, czarny pieprz, dostępny w każdym tureckim sklepie. Chwilę trzymamy na ogniu, aż cześć isotu ulegnie stopieniu, barwiąc masło na pomarańczowo. Z rozmachem dekorujemy miseczki zupy, tworząc abstrakcyjne wzory. Isot ma tak intensywny smak, że wystarcza za jakiekolwiek inne przyprawy. W wersji wegańskiej można pominąć masło, jeżeli nie mamy dostępu do isotu można użyć czarnego pieprzu, najlepiej świeżo mielonego. Smacznego!

22:06, joannea
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 października 2009

Koska, czyli to, co prawdziwi Turcy lubią najbardziej. Odpowiednik naszego Wedla, tyle, że specjalizujący się w innym typie słodyczy. Bez wizyty w ich firmowym sklepie na İstiklâl Caddesi, najsłynniejszej handlowej ulicy Istanbułu, mój C. nie wyobraża sobie wylotu z Turcji. Zawsze kupujemy tam słodycze dla znajomych i do tzw. "do biura", zjadając połowę jeszcze w samolocie.

Koska tureckie słodycze

W Kosce można kupić najbardziej sztandarowe słodycze tureckie: zaczynając oczywiście od wielu odmian chałwy, także tak dla nas egzotycznych jak Pişmaniye (hałwa zbudowana z cieniutkich nitek, w konsystencji przypominająca watę szklaną),

lokumprzez Loukoum (rodzaj gestych, mało- lub wogóle nie przejrzystych żelków z masą orzeszków, pistacji, wiórków kokosowych itp), zarówno w wersji pakowanej, jak i na wagę (na zdjęciu moja ulubiona odmiana, białe, pistacjowe lokum, nie do dostania w Holandii), granulowane herbatki owocowe, ze szczególnie słynną jabłkową, tak popularną w Turcji, że można ją kupić za jedyne 10 euro na lotnisku (!!!) w opakowaniu prezentowym; po nasz absolutnie ulubiony smakołyk, tu widoczny na zdjęciu z wystawy - te długie, wiszące kiełbaski to rodzaj twardej galaretki z orzeszkami, jak na turecki słodysz - bardzo mało słodkiej.

Koska tureckie słodycze

Koska tureckie słodycze

12:06, joannea
Link Komentarze (2) »

Kahve, czyli kawa. Po turecku, rzecz jasna. Słyszałam kiedyś z pierwszej ręki następującą historię: przebywający na wycieczce w Pradze Turek wchodzi do dość ekskulzywnej kawiarni. W kawarni, jak to w miejscu turystycznym, karta dwujęzyczna. Turek otwiera menu, i nie może się nadziwić własnym oczom: w dziale "napoje gorące" jak byk stoi: kawa po turecku. Zadowolony, że sława tureckiego napoju dotarła aż tak daleko, zamawia ulubioną kawę. Kelnerka przynosi mniej więcej to samo, co zaserwowano by w Polsce zamawiającemu kawę po turecku - zalewajkę w wysokiej szklance. Turek próbuje prostestować, kelnerka nalega, że właśnie "to" zamówił. Turek w końcu, niechętnie, godzi się ("co się będę kłócił z wariatką"), po czym lata później odkrywa, dzięki polskiej narzeczonej, co też mają na myśli ludzie wschodu mówiąc o kawie po turecku ;)

Prawdziwa kawa po turecku nie ma niczego wspólnego w jej słowiańską wersją. Serwowana w malutkich filiżaneczkach (jak do esspresso, tyle, że najczęściej bardziej zdobnych), przygotowywana jest przez gotowanie w tygielku. Każda pani domu ma swoją recepturę gotowania ("a w tym momencie obrócisz łyżeczką w prawą stronę dwa razy, odliczysz do trzech i uniesiesz tygielek z ognia, by zebrać pierwsza warstwę pianki"), w którymś momencie miałam zeszyt, zbierający te najróżniejsze przepisy. Kawa obowiązkowo musi mieć piankę - bez pianki się nie liczy - a o kunszcie jej wykonania niech świadczy fakt, że w czasie ceremonii zaręczynowej narzeczona musi przygotować teściom kawę. Dobrą kawę ;). Moje pierwsze próby zrobienia kawy po turecku kończyły się wielkimi niepowodzeniami, z ziarnami trzeszczącymi w zębach i tym podobnymi herezjami. Do tej pory domowym specem od kawy jest C.

Ponieważ do tygielka trafia zimna woda, cukier i kawa, zamawiając kawę należy zaznaczyć, którą z trzech wersji się wybiera:

Sade kahve [sade kahfe] bez cukru

Orta Şekerlİ [orta szekerli] bardzo słodką

Şekerlİ Kahve [szekerli kahfe] słodką

kawa po turecku

Wybór stopnia osłodzenia kawy ma wbrew pozorom duże znaczenie! Znana jest następująca historia dotycząca Ataturka: w Zachodniej Anatolii żyją bitni i dumni Efe, charakterem odpowiadającym greckiemu Zorbie. Związkow z Grecją mamy tu zresztą więcej: kiedy po I wojnie światowej Grecja zaatakowała Anatolię, Efe wykazali się wielką odwagą i poświęceniem, w nagrodę za co po zakończeniu walk odwiedził ich sam ojciec narodu, wielki wódź, Ataturk. W czasie wizyty Efe nie mogli ukryć rozczarowania: zamiast wielkiego wodza, jakiego się spodziewali, zobaczyli Ataturka - męzczyznę wielkiego duchem, ale o mizernej postawie. Ofiarowali mu kawę, pytając zwyczajowo, jak sobie ją życzy podaną. Ataturk, zgodnie z własną preferencją, poprosił o kawę z cukrem, ostatecznie rujnując swój wizerunek: prawidziwy mężczyzna nie pija słodkiej kawy!

 

00:00, joannea
Link Komentarze (2) »
środa, 21 października 2009

Rany, jak ja uwielbiam turecką herbatę. No uwielbiam i już. Mój osobisty, domowy Turek niestety herbaty nie pija, najczęściej więc zdaża mi się ją degustować w czasie wizyt w Turcji i u bardziej tradycyjnie nastawionych do tego napoju znajomych.

herbata po turecku

Tym razem będzie więco herbacie "lokalowej", której przygotowanie różni się od domowej (do domowej wrócimy inną razą). Podawana jest w taki sam sposób, jak domowa, czyli w malutkiej szklaneczce, gwarantującej poparzenie łapczywych dłoni. Zwykle towarzyszy jej dekoracyjny spodeczek, często z typowym tureckim dekorem. Herbatę jak najbardziej można słodzić, choć wielu Turków starszej generacji będzie ją piło, filtrując przez trzymany w zębach kawałek cukru.

A smak... bardzo wyrazisty, bardzo herbaciany. Zupełnie inny, niż znany nam w Polsce. Herbata może być podana w wersji bardzo mocnej, nazywanej króliczą krwią, tavşan kanı [tawszan kany]. Açık çay [aczik czaj] oznaczałoby w tym wypadku słabą herbatę (można ją za pomocą tego zwrotu zamówić). "Normalna" herbata przypomina w natężeniu odrobinę mocniejszą wersję polskiego napoju. Choć domowa herbata ma swój skomplikowany proces parzenia (wymagający specjalnego zestawu dwóch dzbanków, a w działaniu przypominającego rosyjski samowar), herbata w kawiarniach i restauracjach najczęściej pochodzi z takiej oto maszyny:

herbata po turecku

 

23:01, joannea
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2009

simit istanbuł

Ponieważ jeden z moich najdłuższych stażem przyjaciół (znamy się od końca podstawówki, raaaany, ile to już lat!) leci na biennale do Istanbułu, poczułam się zmotywowana do wprowadzenia kilku notek informacyjnych na blogu. Jako, że liczę na skuszenie Dominika do zakupów, a to oznaczać będzie wycieczkę na Taksim, zacznę od chyba najbardziej sztandarowej przekąski Turcji: simit (czy muszę pisać, że na Taksimie są najlepsze simity?).

Simit to nic innego, jak drożdżówka na słono. Bez grama cukru, w wersji najpopularniejszej z sezamem, pokrywającym niebiańsko puszysty środek. Może lepiej było by je porównać do krakowskiego obwarzanka? W wersjach luksusowych może występować z pastą oliwkową (mmmmrrrraaaau), sucuckiem (o którym pisałam tu) lub innymi mięsno-przyprawowymi dobrami - zawsze za to jest prze-świeży i prze-pyszny. Simit Saray, czyli pałace simitu, sprzedają najczęściej także berek'i, o których wciąż zsimit istanbulapominam napisać (ciasto przypominające lazanię z miękkich naleśników, znów wytrawne). Do simitu można zamówić zwykle kawę czy herbatę (najczęściej bardzo dobrej, kawiarnianej jakości). "Pałace" te mają też toaletę, co nie jest bez znaczenia przy całym dniu biegania po mieście ;)

Nie znam przepisu na wykonanie simitu w domu, i nie przypuszczam, żeby taki istniał w jakimś szerszym obiegu. Nawet moja teściowa, piekąca w domu naprawdę wszystko, łącznie z baklavą i yufką, simity kupuje. Najczęściej od ulicznych sprzedawców, popychających przed sobą mały, przeszklony wózeczek, i zachrypniętym głosem ogłaszających swoje przybycie. Ich głośne, głębokie "Siimiiit! Simiiiit!" oznacza dla mnie delicje na śniadanie :)

 

simit istanbul

23:42, joannea
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 września 2009

Ayva Tatlısı, czyli deser z owocu pigwy. Pigwa zalicza się do coraz mniejszej grupy owoców sezonowych, jej pojawienie się w sklepach oznacza początek jesieni. Choć może być konsumowana na surowo, ze względu na cierpki smak  i charakterystyczne uczucie, jakie pozostawia na języku, chętniej jest spożywana pod postacią deseru. Ayva Tatlısı nie jest może najbardziej wyszukaną potrawą na świecie, jednak warto się z nią zapoznać, bo kto wie, może damy się uwieść jej smakowi?

 

Owoce pigwy umyć, obrać, przekroić na pół. Nie wyrzucać obierek i ogryzków! Posypać cukrem i odstawić na kwadrans, by nieco zmiękły (można ten etap pominąć). Położyć na patelni, posypać dużą ilością cukru - opcja ze zdjęcia jest bardzo mało słodka, w oryginale cukru jest dużo, dużo więcej - pozostawmy to decyzji kucharza. Dodać obierki i gniazda nasienne, dzięki którym potrawa zyka charakterystyczną, nieco czerwonawą barwę.

Można też dodać cynamon. Gotować na minimalnym ogniu, pod przykryciem, około dwóch godzin, aż owoce zmiękną. Nie trzeba dodawać wody, pigwa powinna, pod wpłwem cukru, puścić sok. Gdyby jednak tego nie uczyniła, można delikatnie podlać wodą, tylko na tyle, by całość się nie przypaliła.

Wystudzić, włożyć do lodówki. Serwować na zimno, z dodatkiem kajmaku, lub jogurtu naturalnego. W nieortodoksyjnej opcji dietetycznej, zamiast kajmakiem można udekorować pigwę tartym na grubych oczkahc jabłkiem z niewielkim dodatkiem cynamonu. Smacznego!

 

 

czwartek, 11 czerwca 2009

Zabierałam się do tej notki wielokrotnie, i za kązdym razem ja kasowałam. Jak opisać coś, co lubi się tak bardzo, że nie można sobie wyobrazić kuchennego życia bez niego? Może powinnam napisać jak najprościej.

Jako, że najbardziej w świecie tęsknię za polskim białym serem, usilnie próbowałam znaleźć jakikolwiek jego odpowiednik. Oczywiście, nie znalazłam, a domowe próby wytworzenia (tak, w tureckim sklepie można kupić podpuszczkę) spełzły na niczym. Na mojej drodze stanął jednak ON (i - tym razem - nie mam tu na myśli mojego C.) - Mr Biały Ser turecki. Nie, nie jest jak polski. Ale stał się dla mnie równie niezbędny.

turecki ser peynir

Ser, w podstawowej wersji, kupuje sie w puszce. Zatopiony jest w klarownym płynie, jak mozarella. W smaku przypomina fetę, choć - w porównaniu do fety sprzedawanej w Polsce - zdaża mu się być ostrzejszym w smaku. Jest dość mocno solony, i ma zwartą konsystencję. A smak... Zapewne bardziej utalentowany językowo wielbiciel byłby go w stanie opisać, ja powiem tylko, że nie wyobrażam sobie niedzielnego brunchu bez bułeczki z tymże serkiem. Nadaje się także świetnie do wypieków i gotowania (wszelkie berek'i mają właśnie jego w składzie). I jest naprawdę tani - duża puszka może się wydawać sporym jednorazowym wydatkiem, w rzeczywistości jednak jest bardzo wydajna.

Ser ma jeszcze jedna zalete: wystepuje zarowno w wersji "krowiej" (podpuszczkowej), jak i owczej, ktora nadaje sie nawet dla bardzo ortodoksyjnych wegetarian. Wiem o tym dzieki Jessen, ktora nie jada nie-wegetarianskiego sera, i ktora bardzo ucieszyl peynir ;). Wiem, ze zabrzmi to wyjatkowo glupio, ale wersje kozia rozpoznaje sie po obrazku koz na puszce :) (z nieziwaodmych i bardzo mnie ciekawiacych przyczyn, ikonografia produktow mlecznych wykorzystuje te same wzorce wszedzie na swiecie). Z pisemnych oznaczen, widnieje na nim "keci", koza, co ma tez oznaczac gwarancje wegetarianska (do sera koziego nie dodaje sie produktow zwierzecych).

O jego smaku niech świadczy to, że moja mama, zapytana, jaką holenderska Goudę jej przywieźć, odpowiedziała: wiesz, jakby to nie było problemem, wolałabym turecki ser...

poniedziałek, 25 maja 2009

Są rzeczy dobre, są lepsze, i są najlepsze. Ayran moim zdaniem zdecydowanie plasuje się w kategorii nr 3. Jest tak popularny, że nawet polska Wikipedia ma osobne, poświęcone mu hasło. Ayran sprzedawany jest w każdym tureckim donerze (stoi zwykle w lodówce z colą i fantą) czy sklepie, jednak najlepszy jest domowy - najlepszy bądź taki sam, bo poszczególne wersje niespecjalnie różnią się smakiem. Dla mnie hit i absolutny nr jeden - nie dość, że ma bardzo oryginalny smak, który zawsze kojarzył mi się z czosnkiem (którego wcale w nim nie ma!), to jest bardzo zdrowy i, jak wierzą Turcy, ułatwia trawienie.

Wykonanie ayranu jest dziecinnie proste - pamiętam, że wydawał mi się byc niezwykle skomplikowanym napojem, niemożliwym do wyprodukowania w domu, czymś w rodzaju maślanki. Okazuje się, że, by móc cieszyć sie jego smakiem, potrzebne są:

- trzepaczka (mikser)

- jogurt naturalny (w Pl zwany"greckim" - ten nieco cięższy od zwykłego)

- woda

- sól.

ayran

Jogurt  mieszamy z wodą w proporcji 1:1 lub innej - zależy to od preferencji odnośnie jego gęstości. Najczęściej podawany ayran jest nieco tylko cięższy od tłustego mleka. Dodajemy sól do smaku. Mieszamy minutę mikserem, aż do osiągnięcia homogenicznego płynu - miksowanie powoduje, że ayran się apetycznie spienia. Serwujemy schłodzony, lub (wersja "na szybko") z dodatkiem lodu. Voila!

piątek, 15 maja 2009

Jednym z moich ulubionych wynalazków kuchni tureckiej jest Sigara böreği, paluszki w kształcie "papierosków" (sigara to po turecku papieros) z cieniutkiego, kruchego ciasta, w najpopularniejszej wersji kryjące w sobie biały turecki ser.  Zasadnicza odmiana może być modyfikowana - jadłam je m. in. z gandzią i ryżem, podstawowa jednak to ciasto owinięte wokół sera z posiekaną pietruszką. Samo ciasto to yufka, tórej żaden Turek przy zdrowych zmysłach nie produkuje w domu, ale kupuje - w naszym wypadku paczkowaną w tureckim sklepie, w oryginale - jak polski biały ser, codziennie świeżą, nie-pakowaną, dostępną właściwie wszędzie. Sigara böreği robi się szybko, łatwo i przyjemnie, a efekt jest gwarantowany. Nadają się idealnie jako jedzenie imprezowe lub ekskluzywna (i sycąca!) przystawka, lub jako cześć stołu typu tapas ;) (a w oryginale - mezes). Oczywiście, można je kupić gotowe w większości tureckich sklepów, moim zdaniem jednak warto spróbować je przygotowac samodzielnie.

Potrzebne będą:

- yufka (najlepiej trójkątna, w wersji przeznaczonej do  Sigara böreği, odpada krojenie ciasta)

- biały ser turecki z puszki (lub popularna w Polsce feta z karotnika)

- 1 roztrzepane jajko (można się ewentualnie obyć bez)

- posiekana natka pietruszki (j.w., istnieje też opcja bez pietruszki, dla niejadających zieleniny)

Ser rozdrabniamy widelcem, mieszamy z pietruszką. Na poszczególne płaty ciasta wykładamy ser wzdłóż podstawy trójkąta, mniej więcej na pół szerokości palca. Zaginamy brzegi do środka i zwijamy. Brzeg dobrze jest zalepić, mocząc go w roztrzepanym jajku. 

Tak przygotowane cygara wrzucamy na rozgrzany olej, i smażymy do lekkiego zbrązowienia. Samo smażenie przebiega błyskawicznie, łatwo jest je przypalić!

Uwaga

jeżeli jufka jest nie pierwszej świeżości, można ją zreaktywować przez posmarowanie z jednej strony jogurtem wymieszanym z wodą lub mlekiem (płyny należy zmiksowac bądź wymieszać trzepaczką, i posmarować ciasto pędzelkiem piekarniczym). 

 

 
1 , 2